Jako dziecko w środowisku, które generalnie nie osiąga dobrych wyników, widziałem świat przez bardzo wypaczony obiektyw. Aż do „zostania dorosłym” moje życie było podzielone na trzy etapy: uczenie się, jak dostać się na studia, dostanie się na studia i bycie na studiach.
Nikt tak naprawdę nie mówi ci, co robić po tych etapach, i wtedy rzeczywistość uderza cię w twarz. Dla mnie ten cios był zaskakującym uświadomieniem sobie, że faktycznie miałem życie przekraczające ograniczenia, standardy i konstrukty, z którymi zawsze dorastałem.
Od gimnazjum do liceum moim celem było zrealizowanie wszystkiego, co było konieczne do wypełnienia arbitralnego 10-stronicowego wniosku z działu przyjęć. Czy moje testy AP były wystarczająco wysokie? Czy powinienem robić więcej zajęć pozalekcyjnych?
Po tym, jak dostałem się na studia, świat stał się nieco większy: chodziło o osiągnięcia niezbędne do wypełnienia wniosku o arbitralną rozmowę z przypadkowej firmy. Pamiętam, jak mówiłem sobie, że oceny tak naprawdę nie miały znaczenia. To utknęło jak 20-letnia taśma klejąca. Czy świat naprawdę obchodzi, że dostałem C + w Algebrze Liniowej? Oczywiście nie. Ale zdecydowanie wierzyłem, że tak było w tamtym czasie i pozwoliłem, aby ta ocena sprawiła, że czuję się mniej osobą.
Kiedy zaczęły się rozmowy kwalifikacyjne, pojawiła się kolejna warstwa stresu: znalezienie „dobrej” pracy. Czy byłem wystarczająco inteligentny, aby znaleźć fajną pracę w fajnej firmie? A kiedy to zrobiłem, czy moja oferta była wystarczająco dobra?
Większość stresu była narzucona przeze mnie. Moi rodzice nigdy nie wywierali na mnie presji, ale z jakiegoś powodu moje własne oczekiwania były niewiarygodnie wysokie, a jeśli nie zostały spełnione, czułem się, jakbym poniósł porażkę. Jako nastolatek prawdopodobnie miałem ciśnienie krwi 40-letniego dyrektora.
Ale po wyjściu ze studiów i zdobyciu całkiem przyzwoitej pracy w branży oprogramowania, uderzyło mnie to jak tona cegieł: to właśnie pracowałam przez całe życie - siedzieć w sześcianie i patrzeć przez cały dzień na monitor? To była trochę psychiczna eksplozja.
Zacząłem pytać, dlaczego tak bardzo się stresowałem. Dlaczego poddałem się temu wszystkiemu? Tak, w realnym świecie wprowadzono inny arbitralny zestaw konstrukcji: recenzje wyników, moja pensja i rodzaj samochodu, którym jeździłem, by wymienić tylko kilka. Ale tym razem cofnąłem się i zadałem sobie bardzo proste pytanie:

Przyznaję, że na początku trudno było odpowiedzieć na pytanie. Automatycznie pomyślałem o ograniczeniach, o których wspomniałem wcześniej. Pomyślałem o tym, dlaczego założyłem Meebo - i zdałem sobie sprawę, że jednym z powodów było, szczerze mówiąc, udowodnienie, że jestem „wystarczająco dobry”.
To wszystko wydawało się głupie, gdy cofnąłem się, ponieważ to nie miało znaczenia. Tak długo, jak cieszyłem się tym, co robiłem i uczyłem się, życie było o wiele łatwiejsze i znacznie lepsze.
Co mam teraz zrobić? Wybieram sposoby, w jakie się mierzę. Mam kontrolę nad tym, co mnie uszczęśliwia. Doceniam to, co mam, ludzi, których kocham, i doświadczenia, które zdobywam. Mogę zatrzymać się i poczuć zapach róż, ilekroć czuję, że muszę. I mogę cholernie dobrze oblać klasę Algebry Liniowej i nadal przetrwać.
W wielkim schemacie rzeczy jestem tylko jedną malutką osobą spośród miliardów, a mój osobisty poziom stresu jest prawdopodobnie najmniej ważnym czynnikiem, aby uczynić świat lepszym miejscem. Zatem moja rada dla mojego młodszego siebie (i dla ciebie) jest następująca: wyluzuj. Jest wiele rzeczy, na które trzeba się stresować, ale istnieje wiele innych rzeczy, za którymi tęsknisz, jeśli stres cię pochłonie.




